Canon EOS R5 – test w krajobrazie

Nie sądziłam, że przyjdzie mi to pisać, a już na pewno nie teraz. Może za kilka lat, kiedyś, w dalekiej przyszłości? Póki co ładowałam do plecaka swoją ulubioną „puszkę” – pełnoklatkowego Canona EOS 5d mark IV, kilka obiektywów (wiadomo, że jak się któregoś zostawi, to właśnie ten będzie najbardziej potrzebny – takie fotograficzne Prawo Murphiego), porządny (i ciężki) statyw Gitzo i ruszałam w teren.

Flagowy bezlusterkowiec firmy Canon – EOS R5.
Testy w zimowym krajobrazie – recenzja.

I nagle, któregoś zimowego dnia, dostałam propozycję przetestowania najnowszych bezlusterkowców Canona. Bez szczególnego entuzjazmu, ale zgodziłam się, bo w sumie – czemu nie, warto wiedzieć co w sklepach piszczy ;-). Pierwszym był Canon EOS R5… i poległam! W wielu aspektach szybko okazał się lepszy od mojego 5d mark IV.

Canon EOS R5 – wspaniały wybór dla fotografów dzikich zwierząt

Autofokus śmigał, a śledzenie oczu (także zwierząt – dla mnie rewelacja!) połączone z szybkostrzelnością (do wyboru H i H+) dawało szansę zrobienia ostrego zdjęcia tam, gdzie dotychczas było to dla mnie wyczynem. Bardzo przydawała się też możliwość ustawienia punktu AF praktycznie w dowolnym miejscu kadru. Jakże często brakowało mi tej możliwości w mojej 5d…

Canon EOS R5 – cyfrowy wizjer – wady i zalety. Wewnętrzna stabilizacja.

Pewnym wyzwaniem okazał się cyfrowy wizjer, który jest po prostu inny od „analogowych” do których przywykłam. Ale i on ma swoje zalety. Plusem było to, że jest duży i jasny. Bez problemu ogarniałam całość kadru, w dodatku na bieżąco mając podgląd głębi ostrości, balansu bieli itp. Czasami stawał się jednak aż nazbyt jasny. Przy słabym oświetleniu, na przykład o zmierzchu było to przydatne – ale już w nocy, kiedy moje oko widziało zarys horyzontu, gwiazdy – cyfrowy wizjer na siłę próbował rozjaśnić ciemność, w wyniku czego widziałam jedynie szarą morę…. Ciekawe jakby sobie poradził np. w przypadku fotografii zorzy polarnej? Natomiast bardzo spodobała mi się możliwość podglądu zrobionego zdjęcia w wizjerze. Dzięki temu, nie odrywając oka od aparatu, mogłam szybko korygować ustawienia lub kontrolować czy zdjęcie jest ostre. A zazwyczaj okazywało się, że jest – dzięki możliwości ustawiania wysokiego ISO (w zasadzie bezstratnie do 1600, ale i większych czułości) oraz, co bardzo istotne, dzięki wewnętrznej stabilizacji w samym body. Z radością odkryłam, że dzięki takim udogodnieniom mogę iść do lasu na zdjęcia… bez statywu! A to oznaczało, że mogę po nim chodzić dłużej, dojść dalej i wrócić z mniejszym bólem kręgosłupa. Bezcenne :-). I chociaż sam aparat niej jest o wiele lżejszy (ok 200 g od mojego), to możliwość pozostawienia statywu – zwłaszcza przy dłuższych wędrówkach – już robi wielką różnicę!

Canon EOS R5 – pełna klatka, imponująca rozdzielczość

„The last but not least” możliwość zaprogramowania wielu przycisków pod własne potrzeby, sprawiła, że szybko stał się on dla mnie bardziej intuicyjny od mojego. Ostatnią wielka zaletą okazała się gigantyczna rozdzielczość – 45mln Mpix (sporo większa od i tak wielkiej w moim aparacie), dzięki której można w post produkcji, jeśli zaistnieje taka potrzeba, spokojnie skadrować obraz i wciąż będzie on wielki i świetnej jakości. Szczególnie cenne, kiedy bierze się pod uwagę późniejsze wydruki, wystawy, albumy.

Canon EOS R5 – wady aparatu

No i fajnie, ale „nikt nie jest bez wad” i to samo dotyczy aparatów fotograficznych. Dla mnie do największych wad na pewno należy prądożerność, a także brak wbudowanego GPSu. Baterie trzeba zmieniać niestety i po kilka razy na dzień. Co oznacza potrzebę albo posiadania ich sporego zapasu, albo ładowania równoległego. A nie zawsze są ku temu warunki Podobno można podłączyć je do powerbanka, ale nie testowałam tej możliwości, więc się nie wypowiem. Tak samo nie testowałam zewnętrznego GPSu, który pracuje na własnej baterii i się go doczepia do gorącej stopki. W domu, bawiąc się możliwościami nowej zabawki, podłączyłam go do smartfona i jego GPSu, ale okazało się, że baterie jeszcze szybciej zaczęły się wyczerpywać, a niewygoda związana z „parowaniem” obu urządzeń zniechęciła mnie na tyle, że koniec końców robiłam zdjęcia bez zapisu GPS w EXIFie. Szkoda.

Canon EOS R5 – podsumowanie

Mimo tych ułomności – pewnie gdybym więcej fotografowała dzikich zwierząt, a już szczególnie ptaków – pewnie szybko zaczęłabym nerwowo myśleć o zakupie, zwłaszcza, że do wyżej wymienionych zalet dochodzi m.in. również bardzo cicha praca migawki, co też jest nie bez znaczenia. W moim przypadku – fotografa krajobrazu – te zalety acz bardzo miłe i pożądane, nie są okazały się aż tak istotne, bym już musiała rozbijać swoją „świnkę – skarbonkę” ;-). I szczęśliwie, bo przecież za zakupem nowego aparatu idą kolejne wydatki, takie jak właśnie dodatkowe akumulatory (co prawda te od 5d mark IV pasują, ale w tym wypadku trzeba ich więcej), nowe karty (są dwa „sloty” jak w moim, ale zamiast jednego na CF jest mniejsza na CFexpress), zapewne także i moduł GPS (dla mnie istotny, gdyż fotografuję w wielu miejscach i nie sposób mi spamiętać gdzie co było zrobione) czy w końcu, co w sumie najważniejsze – nowe obiektywy RF. Testowałam ich kilka (szerokokątny obiektyw Canon RF 15-35 f8L IS USM czy teleobiektyw RF 100-500 f/4.5-7.1L IS USM) i rzeczywiście są po prostu świetne… ale i drogie. Na szczęście dzięki adapterowi – moje stare dobre obiektywy również pracowały bez zarzutu, a czasami nawet lepiej niż z lustrzanką. Zatem ten wydatek nie byłby konieczny, a nowe, lepsze obiektywy dedykowane do bezlusterkowców byłby jedynie kosztowną pokusą, a zarazem realną szansą na lepsze, a nieraz i lżejsze szkła.

I tak test Canona R5 zburzył mój błogi spokój i zasiał w sercu nowe marzenia. Kiedy zakwitną? Czas pokaże. Póki co postanowiłam jeszcze przetestować tańszą alternatywę dla R5 – Canona EOS R6… ale o tym już w innym wpisie.


proponowane

Białowieskie skarby zimą

Minął grudzień, styczeń, luty… nadzieja na prawdziwą zimę upadła. I wtedy powiało.Wyżowe powietrze wprost znad Syberii przyniosło mróz, słońce oraz…

więcej